Kooperatyzm w dobie wojennej i widoki na przyszłość

W przeciwieństwie do kapitalizmu, opartego na zasadzie walki współzawodniczej człowieka z człowiekiem, narodu z narodem – kooperatyzm głosi idee solidarności, skuteczność współdziałania.

Istotna pomyślność człowieka wynikać może jedynie z ogólnej pomyślności całego społeczeństwa, istotna pomyślność narodu jest zależną od ogólnego stanu prawdziwej pomyślności świata – oto przewodnia idea kooperatyzmu.

Kooperatyści wierzą i wierze tej dawali niejednokrotnie publicznie wyraz, że umysł ludzki potrafi wreszcie rozwiązać trudności współżycia na ziemi ras, narodów i klas społecznych i że jedyna walka, która będzie wówczas prawem i obowiązkiem każdego, to walka siłami zrzeszonymi o coraz pełniejsze opanowanie sił i bogactw przyrody ku pożytkowi ogółu.

W ustach kooperatystów to wyznanie wiary nie jest tylko pustym frazesem lub pobożnym życzeniem, ale opiera się na podstawie realnej, na dążeniu do ukształtowania życia ekonomicznego według nowych zasad, podporządkowania procesu wytwarzania interesom spożycia, co prowadzi do wyzwolenia pracy z zależności od kapitału i usuwa tę sprzeczność interesów, jaka pomiędzy sprzedającym a kupującym, pomiędzy pracobiorcą a pracodawcą, przy obecnym ustroju panuje i do walki wszystkich z wszystkimi w ramach narodowych i międzynarodowych prowadzi.

Nie ulega wątpliwości, że przyczyny współczesnych wojen są w gruncie rzeczy natury ekonomicznej, są wynikiem anarchistycznego bezładu dzisiejszego systemu produkcji, są konsekwencją tego absurdalnego stanu rzeczy, jaki się w dobie kapitalistycznej normalnie powtarza; chronicznej rzekomej nadprodukcji przy ogólnej nędzy, co prowadzi do zdobywania rynków zbytu za wszelką cenę, choćby siłą oręża. Niekiedy te ekonomiczne przyczyny wojen ujawniają się z całą cyniczną szczerością, jak np. ćwierć wieku bez mała trwająca wojna Anglików z Chinami o otwarcie rynków chińskich dla indyjskiego opium. Kiedy indziej warunki są bardziej zawiłe i skomplikowane, ale ostatecznie ta strona ekonomiczna w postaci traktatów handlowych, ceł itd. zawsze na jaw wychodzi.

Pogląd kooperatystów na sprawę braterskiego współżycia narodów został wyrażony między innymi nader dobitnie na ostatnim Międzynarodowym Kongresie Spółdzielczym w 1913 r. w Glasgow w rezolucji przyjętej jednogłośnie i entuzjastycznie przez licznie zebranych przedstawicieli ruchu spółdzielczego wszystkich niemal krajów europejskich. Oświadczenie to opiewało:

„Kongres oświadcza z całą stanowczością, że utrzymanie pokoju międzynarodowego i dobrych stosunków pomiędzy narodami stanowi podstawowy warunek rozwoju kooperacji i zrealizowania celów, ku którym dąży ruch spółdzielczy. Kongres pragnie zwrócić uwagę opinii publicznej wszystkich narodów, że o ile społeczne i ekonomiczne życie narodów zorganizowane zostanie według zasad kooperacji, powody do dalszych zbrojeń znikną same przez się i zostanie usunięta możliwość konfliktów międzynarodowych. Postępy kooperacji stanowią jedną z najcenniejszych gwarancji pokoju międzynarodowego”. [1]

Rozjeżdżając się pod podniosłym wrażeniem tej poważnej manifestacji Międzynarodowego Braterstwa ze zdwojoną siłą i wiarą w duszy w skuteczność obranej drogi, delegaci kongresu glasgowskiego nie daliby wówczas wiary temu, w jak okrutny sposób rzeczywistość nadzieje ich zawiedzie. Nie upłynął rok – a cała Europa stanęła we krwi i w ogniu pożogi wojennej o sile i rozmiarach nieznanych dotychczas historii. Wszystkie bez mała narody europejskie pod wpływem jakiegoś masowego obłędu – w imię rzekomo wzniosłych haseł – zostały wciągnięte stopniowo do szerzenia dzieła mordu i zniszczenia, a oni sami, kooperatyści, bliżsi sobie nieraz i drożsi dzięki wspólności idei niż rodzeni bracia – znaleźli się w obozach sobie wrogich i siłą wypadków zostali zmuszeni do kaleczenia się, zabijania i mordowania nawzajem.

Kooperatyzm, jako system ekonomiczny, wcielający zasadę solidarności wszechludzkiej, okazał się jeszcze zbyt słabym, by móc zażegnać katastrofę dziejową, do której wiodły od dziesiątków lat z logiczną koniecznością zasady produkcji kapitalistycznej, system protekcyjny handlu międzynarodowego oraz poglądy filozofii pewnych kierunków, głoszące wrodzoną wyższość niektórych narodów i boskie ich posłannictwo do stania się narodem panów, w przeciwieństwie do innych przeznaczonych na narody-pariasów, w której to filozofii polityka imperialistyczna usprawiedliwienie swoje znajdowała.

Wobec tego ustosunkowania sił kapitalizmu do ruchu spółdzielczego nie zbrakło z wybuchem wojny ludzi o małej duszy, którzy poczęli głosie bankructwo idei kooperatystycznej i przepowiadać niezawodny upadek wszystkich poczynań spółdzielczych.

Nawet wśród kooperatystów zagościło zwątpienie – nie co do słuszności wyznawanych zasad, ale troska i niepewność, czy organizacje spółdzielcze zdołają ostać się, czy potrafią przystosować się do nowych warunków, czy nie zostaną zmiecione z powierzchni ziemi przez nawałnicę dziejową. [2]

Istotnie okres ten stał się dla całego ruchu spółdzielczego okresem ciężkim i trudnym – iście ogniową próbą.

Uciążliwe rekwizycje, powołanie pracowników pod broń, utrudnione stosunki komunikacyjne, brak towarów i surowców, ogólny kryzys ekonomiczny: pieniężny i towarowy, gwałtowne skoki cen, okresy panicznych zakupów na tle ogólnego zmniejszenia się siły kupna zorganizowanych spożywców – obok krępujących sferę działalności kooperatyw zarządzeń władz – oto warunki, w których kierownicy ruchu wytężać musieli wszystkie swe siły, by w granicach możliwości złagodzić brzemię nieszczęść, które spadło w postaci bezrobocia i drożyzny, o rozmiarach nieledwie fantastycznych, na klasę pracującą już i tak zgnębioną moralnie. I jeżeli kto miał możność przypatrywać się z bliska, jak i mnie się to zdarzyło w pierwszym roku wojny w Brukseli, tym heroicznym zapasom garstki ludzi „Jutra” z szatańskimi mocami wojny, by ulżyć niedoli i cierpieniu mas – temu niewątpliwie nasunęły się refleksje o tym, że istnieje także inny rodzaj bohaterstwa i inny rodzaj zasług niż na polu wojennym. Zresztą znaczenie akcji kooperatystów nie ogranicza się do tego, że ratując ludność od głodu, ujmowali jej cierpienia fizycznego, ale sięga w dziedzinę moralną, służąc jako pokrzepiająca ostoja dla znękanej myśli ludzkiej, widzącej wokół siebie zwycięstwo instynktów i namiętności niskich – podeptanie wartości moralnych.

Wojna nie zdołała naruszyć ani osłabić idei spółdzielczej – przeciwnie, w warunkach wojennych ujawnioną została cała jej żywotność i głęboka racja bytu. Jest to fakt napełniający otuchą, bo tak jak istotnej dzielności człowieka nie można poznać w dniach normalnego biegu jego życia, bo miarą tego jest napięcie wysiłku, na jakie zdobyć się może w warunkach złych i nienormalnych – podobnież o żywotności instytucji społecznej sądzić można nie w czasie pogody, ale wśród burzy dziejowej.

Najbardziej cennym probierzem szczerości i słuszności naszych zasad, przedmiotem radości i chluby jest fakt, że nie utraciliśmy ważnej, a najbardziej zagrożonej placówki „Międzynarodowego Związku Kooperatystycznego”. Jeszcze przed paroma laty zasłużony weteran kooperacji Holyoake wyrażał zwątpienie co do tego, czy ta młoda organizacja międzynarodowa będzie na tyle silną, by w razie wojny europejskiej pozostać wierną swym ideałom, w chwilach sprzyjających panowaniu potęg ciemnych, uczuć nienawiści i szowinizmu, rodzących się dzięki temu, że skłonnym się jest z obu stron państwo wrogie traktować jako jednorodną osobowość i zwalać odpowiedzialność na całą jednostkę państwową, zamiast tego, by szukać jej, gdzie należy u grupki uprzywilejowanych.

Pomylił się Holyoake w swoim sceptycyzmie. Wojna nie zdołała zagłuszyć ani osłabić w świadomości kooperatystów tego, co ich łączy. Na łamach „Międzynarodowego Biuletynu Kooperatystycznego” dają się słyszeć głosy przywódców ruchu spółdzielczego zarówno z państw koalicji, jak i z państw centralnych. Zasadnicza nuta u wszystkich jest zgodna – stwierdzenie, iż z obecnej bolesnej bezsilności kooperatystów wobec wojny wyciągnąć się daje jedna nauka: imperatywna konieczność wzmożenia usiłowań, szukania nowych dróg i środków, by demokracja spółdzielcza stała się czynnikiem potęgi, który by zaważył w przyszłości na kształtowaniu się życia nie tylko ekonomicznego, ale i politycznego w myśl naszych ideałów, to jest prawdziwych interesów ogółu. [3]

Czas ku temu jeszcze nie nadszedł, by móc bezstronnie wydać sąd o tym, czy zawsze i we wszystkich czynach udało się kooperatystom w tych wyjątkowych warunkach zachować absolutną czystość zasad spółdzielczych. Czy np. kooperatyści francuscy, korzystając z zapomóg i kredytu państwowego, nie sprzeniewierzyli się uchwale Kongresu Międzynarodowego w 1905 r. w Budapeszcie, w której dano wyraz zapatrywaniu, że kooperatyzm nie potrzebuje pomocy państwa, pragnie jedynie, aby państwo mu nie przeszkadzało, a zwłaszcza, czy teoretyk kooperatyzmu Daude-Bancel nie posuwa się w swym oportunizmie zbyt daleko, nazywając to współdziałanie państwa z kooperatywami „znakomitym połączeniem”. Dalej, czy kooperatyści francuscy nie wyszli w ogóle z ram zadań kooperacji zaspakajania potrzeb zorganizowanych spożywców, organizując restauracje w arsenałach i dostarczając swych towarów w ruchomych sklepach automobilowych żołnierzom na froncie.[4] Czy pod nawałem praktycznych zagadnień dnia bieżącego nie stępiał ów duch krytycznego przeciwieństwa względem obecnego ustroju prawno-politycznego zarówno jak ekonomicznego, który nadaje kooperacji jej moralną siłę?

Z kolei wypada wspomnieć o stratach.

Do najboleśniejszych, bo niczym niepowetowanych, zaliczyć należy długą listę tych, którzy w pierwszych szeregach ruchu naszego stali, a bezpowrotnie odeszli. Serca ich były snadź zbyt wrażliwe dla zniesienia widoku walki bratobójczej.

Żniwo śmierci nie tylko polskiemu ruchowi zadało straszny, nieobliczalny w skutkach cios, zabierając Edwarda Milewskiego, nie oszczędziło również innych narodów.

Jeszcze w 1914 r. umiera Luigi Buffoli, twórca słynnej „Unione Cooperativa” w Mediolanie, którą prowadzi od założenia w 1886 r. Kooperatywa ta, jak wiadomo, rozpoczęła swój byt od pudełka krawatów, zakupionych wspólnie przez kolegów biurowych, a dziś dosięgła imponującego rozkwitu i stanęła w rzędzie pierwszych kooperatyw świata.

Ruch angielski opłakuje prezesa „CWS” (Coperative Wholesale Society), J. Schilito, tego genialnego robotnika, przez trzydzieści lat pracującego w fabryce drutu, który drogą wytrwałego samouctwa doszedł w umiłowanej przez się dziedzinie nauk geograficznych do sławy pierwszorzędnego uczonego, jest autorem paru poważnych dzieł geograficznych i członkiem Królewskiej Akademii Geograficznej w Londynie. Nie zapomnę nigdy tego sędziwego starca, o pięknej imponującej postaci, gdy witał nas, przybyłych z wycieczką belgijską, przemówieniem, w którym dał dowód, że jest gorętszy i młodszy duchem od wielu kooperatystów młodego pokolenia, Jego to wpływowi zawdzięcza ruch angielski ten doniosły fakt, że „CWS” przystąpiła w ostatnich czasach energicznie do kwestii rolnej.

Następcy jego, T. Twedellowi, zasłużonemu kooperatyście, nie dane było długo zajmować odpowiedzialnego stanowiska prezesa. Niespełna po roku śmierć i jego zabrała.

W Belgii umiera w sile wieku L. Vandersmissen, sekretarz stronnictwa robotniczego i jeden z dzielnych filarów brukselskiej „Maison du Peuple”.

Norwegia utraciła młodziutkiego, ale niezmiernie utalentowanego przywódcę swego ruchu w osobie redaktora Eínása Ruuda.

Ostatnie tygodnie przyniosły wstrząsającą wiadomość o nagłym zgonie Adolfa v. Elma, twórcy słynnej kooperatywy hamburskiej „Produkcji”. Elm nie zawahał się był swego czasu, jako przewodniczący związków zawodowych po porażce strajku 13000 robotników portowych, wystąpić wbrew opinii swych partyjnych przyjaciół, podówczas usposobionych dla kooperatyzmu nieprzychylnie, i nawoływał klasę robotniczą do zrobienia należytego użytku ze swej siły spożywczej w celu uzyskania w walce z kapitalizmem silniejszej postawy. Zdumiewający rozwój „Produkcji” i duch społeczny, którym nacechowana jest cała jej działalność mimo że jest politycznie bezpartyjna, odegrały przełomową rolę w historii ruchu robotniczego, burząc te przesądy i nieporozumienia, z jakimi się niemiecka klasa robotnicza podówczas do ruchu spółdzielczego odnosiła i zyskując dla niego takich sprzymierzeńców jak np. Augusta Bebla.

Inna nieśmiertelna zasługa Elma – to myśl przejęcia przez organizacje spółdzielcze i związki zawodowe sprawy ubezpieczeń ludowych – wyrwania ich z rąk przedsiębiorców kapitalistycznych, myśl płodnie urzeczywistniona w instytucji „Volksfürsorge”. Elm był również wybitnym teoretykiem kooperatyzmu, należał przez długie lata do Wydziału Związku Międzynarodowego i brał czynny udział we wszystkich Międzynarodowych Kongresach.

Nie brak także bezpośrednich ofiar wojny w szeregach kooperatystów i ich najbliższych. Najstarszy syn weterana kooperatystów francuskich Karola Gide’a, dr Paweł Gide, pada na polu wojennym. Podobny cios spotyka znakomitego niemieckiego teoretyka kooperatyzmu, Henryka Kaufmana, który traci najstarszego syna, 22-letniego młodzieńca, ugodzonego granatem w bitwach nad Somą.

Żałobną tę listę można by jeszcze znacznie przedłużyć.

Ruch nasz poniósł także ciężkie straty materialne. Są stowarzyszenia w Belgii, północnej Francji, w Serbii, u nas i prawdopodobnie w Rumunii, które uległy materialnej zagładzie w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Okazuje się jednak zjawiskiem powszechnym, że stowarzyszenia zniszczone powstają z gruzów, nowym poczynają kiełkować życiem – skoro tylko linia bojowa się odsuwa.

Reszty dokona, jak się spodziewać należy, solidarna akcja kooperatystycznej międzynarodowej pomocy.

II

Prasa, rozwodząc się nad przewrotami, jakie wywołała wojna w życiu ekonomicznym krajów środkowoeuropejskich skutkiem zmiany stanowiska władz państwowych do spraw gospodarczych, dochodzi niejednokrotnie w swych powierzchownych sądach do wniosku, że zbliżamy się krokami olbrzyma do ustroju wymarzonego przez socjalistów. Mniemanie to jest, rzecz oczywista, gruntownie bałamutne, gdyż gospodarka państwowa nie tylko, że nie rozwiązuje konfliktu pomiędzy kapitałem a pracą, nie tylko, że nie usuwa sprzeczności pomiędzy bogactwem a nędzą, ale przeciwieństwa te utrwala i potęguje. Dla każdego, kto patrzy na rzeczy głębiej, nie o zbliżaniu się, ale o oddalaniu może być mowa. Jednak obecna ingerencja państwa w proces wymiany dóbr, produkcji, a nawet spożycia, w stopniu, jaki w czasach normalnych byłby do urzeczywistnienia niemożliwy, czyni na pierwszy rzut oka wrażenie, że istotnie stoimy wobec nowej ery gospodarczej. Tak np. Karol Renner [5] oblicza, że nie mniej niż 80% wszelkich produktów (mąka, chleb, rośliny strączkowe, ryż, artykuły kolonialne, cukier, spirytus, kartofle) zostały w Austrii usunięte od wolnej wymiany, a tym samem pole działalności kooperatyw zostało zwężone. Zastanowić się przeto wypada, w jakim stosunku do zasad kooperacji stoją zasady wojennej gospodarki państwowej, jakie nauki z tych zmienionych warunków dają się wyciągnąć, i czy istotnie ruch spółdzielczy stracił rację bytu i jest w istnieniu swym zagrożony.

Przypomnieć sobie należy genezę i istotę kooperatyzmu. Kooperatyzm jest reakcją przeciwko doktrynie liberalizmu ekonomicznego, która, wcielona w życie przez ustrój kapitalistyczny doprowadziła do tego, iż proces produkcji, wymiany i podziału dóbr dokonuje się wyłącznie w interesie kliki przedsiębiorców prywatnych z pominięciem interesu ogółu i często w jaskrawej z nim rozbieżności.

Kooperatyzm, wychodząc z założenia, że sprawa zaspakajania potrzeb ludzkich jest jedynym istotnym celem produkcji i że nie może być pozostawiona przypadkowi, dobrej czy złej woli niezorganizowanej inicjatywy prywatnej, usiłuje zorganizować życie ekonomiczne na zasadzie biegunowo przeciwnej do tej, na której opiera się kapitalizm. Mianowicie, wytwarzanie dla zysku zastępuje wytwarzaniem dla użytku, tj. w celu zaspakajania potrzeb ludzkich. Innymi słowy kooperatyzm podporządkowuje interes wytwórcy interesowi spożywcy. Stanowisko to pociąga bardzo daleko idące konsekwencje w kierunku wyrugowywania, obciążających spożywcę, dochodów pobieranych przez posiadaczy ziemi i narzędzi pracy tytułem własności prywatnej, a co za tym idzie wyzwolenia czynnika pracy. W tym tkwi element rewolucyjny kooperatyzmu, mimo że się posługuje, jak przystało ruchowi ekonomicznemu, metodą wyłącznie ewolucyjną.

Do niedawna stali kooperatyści na stanowisku obrony interesów spożywcy niemal zupełnie odosobnieni, ignorowani przez oficjalną naukę. Dopiero w ostatnim dziesięcioleciu doktryna kooperatystyczna, a także jej powodzenie w praktyce, zwraca coraz bardziej uwagę wielu wybitnych socjologów i ekonomistów, którzy dopatrują się w niej istotnie zarodka nowej metody ustroju gospodarczego.

Tymczasem doświadczenie czasów wojennych poparło stanowisko kooperatystów z niewymowną siłą. Rozkiełznane przez wybuch wojny tendencje kapitalizmu ujawniły z brutalną dosadnością przepaść, jaka istnieje pomiędzy interesem prywatnego przedsiębiorcy a interesem spożywcy. Życie pokazało, jak wadliwą jest organizacja ekonomiczna oparta na osobistym zysku, dowiodło, jak niebezpieczną jest, hodowana przez instytucje kapitalistyczne, najgorsza ze wszystkich namiętności ludzkich – żądza zysku. Tragizm chwili nie tylko, że nie zdołał opanować jej i poskromić, ale przeciwnie – ją podsycił. Zjawisko to powtarza się we wszystkich krajach i u wszystkich narodów niemal w tych samych formach, co dowodzi, że nie ludzie są źli – jako tacy – ale instytucja na sprzeczności interesów oparta. Pomijamy wypadki oszustw i spekulacji na wielką skalę przez jednostki moralnie zwyrodniałe, ale chcemy zwrócić uwagę na to, iż samo wyzyskanie koniunktury wojennej, wyzyskanie legalne i według kodeksu moralności kapitalistycznej „uczciwe” – przez ogół wytwórców i pośredników – stworzyło sytuację dla spożywcy tak groźną, że sprawa ochrony ludności przed drapieżnym wyzyskiem sprzedających stać się musiała poważną troską rządów. Państwo pod parciem instynktu samozachowawczego wyjść musiało ze swej biernej postawy względem życia ekonomicznego. Sprawa jakby się zdawało kardynalna, co i jak się wytwarza, w jaki sposób następuje wymiana i podział społecznego dochodu, pozostawiona była dotychczas samej sobie. Administracja państwowa starała się do tych spraw jak najmniej mieszać, pozostawiając ich regulację prawu podaży i popytu co do cen, walce klas co do płac. Jeżeli zaś w tym pojedynku sprzecznych interesów, jaki przy wymianie odbywa się bezustannie pomiędzy kupującym a sprzedającym, państwo odgrywało jakąś rolę, to z reguły drogą ceł, premii itp. brało stronę producenta na niekorzyść spożywcy. Interesy spożywcy były dotychczas lekceważone przez państwo w sposób niemal bezwzględny. Miary przedsiębrane dla ochrony zdrowia i mienia spożywcy przed zafałszowaniem środków spożywczych były tak nikłe i przeprowadzane na ogół tak nieudolnie, że pozbawione były wszelkiego praktycznego znaczenia. Dopiero wobec faktów, ujawnionych przez wojnę, które (z całym naciskiem podkreślić należy) są tylko pewnym przejaskrawieniem normalnego stanu rzeczy, władze zmieniły swą taktykę i stanęły do pewnego stopnia w obronie interesów spożywcy.

Mówimy wyraźnie „do pewnego stopnia”, gdyż państwo współczesne, będąc wyrazicielem i przedstawicielem klas posiadających, stać musi przede wszystkim na straży interesów własności prywatnej. Wszystkie zarządzenia państwowej gospodarki wojennej, przedsiębrane w zasadzie dla obrony spożywcy, miały charakter połowiczny i chwiejny.

Zasada wytwarzania „dla zysku” została silnie usankcjonowana przez ceny maksymalne na zboże i niektóre wyroby przemysłowe, ceny obliczone tak, by zapewnić przedsiębiorcy zysk wyższy niż w czasach normalnych. [6] Miało to służyć jako pobudka do bardziej intensywnego wytwarzania, spożywcę zaś drożyzna miała przyuczyć do bardziej oszczędnego obchodzenia się z produktami (!).

Daremnie kongresy kooperatystów niemieckich i austriackich żądały, w imię najżywotniejszych interesów ludu, obniżenia cen zboża. Ta polityka cen wpłynąć musiała na przesunięcie dochodu społecznego w kierunku przeciwnym, do tego, do którego dąży kooperatyzm, tj. na korzyść renty gruntowej i wszelkich zysków kapitalistycznych, z krzywdą dla czynnika pracy i to nie tylko w stosunku do współczesnych, ale i do przyszłych pokoleń. Drożyzna produktów pierwszej potrzeby wpływa bowiem na zwiększenie zadłużenia państwowego, którego ciężary spadają, jak wiadomo, w postaci podatków pośrednich na klasę pracującą. Wysokie ceny faworyzowały również spożywców bogatych na korzyść niezamożnych, ograniczając sztucznie zdolność spożycia tych ostatnich. Kartki, wyznaczające dozwoloną ilość niektórych produktów nie miały nic, prócz pozorów ciążenia do sprawiedliwego podziału.

Wymownym wykładnikiem istniejących stosunków był powszedni widok w miastach tłumów ludzi biednych, obiegających godzinami sklepy, czekających ze zdumiewającą cierpliwością na chleb i artykuły pierwszej potrzeby, kiedy tuż obok przepyszne wystawy cukierni obfitością ciast i różnych specjałów urągały z bezczelnym bezwstydem nędzy, cierpieniu i poniewierce tamtych ludzi, a trochę dalej kawiarnie pełne publiczności zawsze sytej, zawsze eleganckiej, zawsze bezmyślnej, która wśród powodzi ciastek i przysmaków dowiadywała się z gazet o wypadkach zasłabnięcia z głodu i braku chleba. Stosunki te powtarzają się wszędzie – mieliśmy możność obserwowania ich zarówno w Brukseli, jak i w Wiedniu, w Krakowie, jak i w Lublinie.

Wojenna gospodarka państwowa nie wprowadziła zatem do życia ekonomicznego żadnego zasadniczo nowego momentu, zastępując kapitalizm wolnokonkurencyjny przez kapitalizm państwowy, zmieniła formę, ale treści zagadnienia społecznego nie dotknęła – dotknąć nie mogła.

Przy tym, jak z góry przewidywać było można, zarządzenia oparte na czynniku przeciwnym naturze ludzkiej, tj. na przymusie, a nie na pewnym podłożu moralnym, zawieść musiały pokładane nadzieje. Te stosy zapisanego papieru wobec spekulacji i wyzysku spożywcy okazały się w znacznej mierze bezsilne. Charakterystyczne w tym względzie jest wynurzenie prezesa Urzędu Żywnościowego w Niemczech, pana von Batocki, który powiada: „Uchodzi dziś niemal za punkt honoru obchodzenie zarządzeń urzędu żywnościowego. Władze są wobec tego niemal bezsilne”. [7]

Niesłychaną trudność zadania potęgowała jeszcze okoliczność, że aparat państwowy nie miał, rzecz naturalna, w sprawach ekonomicznych doświadczenia, a personel wykonawczy nie zawsze i nie wszędzie potrafił stanąć na wysokości zadania. [8]

Tym się tłumaczy, że władze tak chętnie opierały się na organizacjach spółdzielczych jak np. we Francji i w Szwajcarii, lub zasięgały rady u kooperatystów i powoływały ich na odpowiednie i najbardziej odpowiedzialne stanowiska w Niemczech i w Austrii. [9]

Eksperyment państwowej gospodarki wojennej jest pouczający z wielu względów, zarówno punkt wyjścia, jak i wynik jest pośrednim dowodem słuszności zasad kooperatystycznych.

Obrona interesów spożywcy wystąpiła jako imperatywna konieczność – a równocześnie okazało się, że życie ekonomiczne nie daje się z dnia na dzień przekształcać, nie daje się opanować i rządzić dekretami i rozporządzeniami idącymi z góry. Leży to w istocie życia ekonomicznego, że gwałtowne i nagłe zmiany okazują się powierzchownymi.

Nie ma, jak się nam wydaje, danych do mniemania, by obecna metoda gospodarki państwowej utrzymać się miała nadal w czasach powojennych – o trwałości jej powątpiewa sam p. v. Batocki. [10] Przemawia za tym przede wszystkim wzgląd natury psychologicznej. Trudno przypuścić, by ludzkość zdołała wyrzec się tak krwawo wywalczonych zdobyczy Wielkiej Rewolucji i poddać się mogła choćby najbardziej oświeconemu absolutyzmowi, wkraczającemu z całym nieuniknionym aparatem biurokratycznym do życia jednostki i krępującemu jej wolność. „Administracja rzeczami”, używając terminu Saint-Simona, w rękach dzisiejszego państwa militarno-policyjnego stałaby się tyranią nie do zniesienia.

Z drugiej strony mechanizm gospodarki państwowej, z wielu zrozumiałych względów, nie przedstawia postępu z punktu widzenia technicznego, a cała ewolucja form gospodarczych wskazuje, że posuwamy się stale w kierunku zwiększonej wydajności wysiłku.

Względy te przemawiają za tym, że kapitalizm państwowy w tym zakresie co obecnie, jest fazą przejściową, koniecznością okresu wojennego. Prawdopodobne jest jednak, że państwo zmonopolizuje w swych rękach niektóre działy życia ekonomicznego, nadające się do centralizacji, ale to wyłącznie z pobudek fiskalnych.

Być może także, że municypalności [władze samorządowe] wielkich miast nie będą nadal lekceważyć w tym stopniu, co przed wojną, spraw aprowizacyjnych. Działalność ich będzie pożyteczna lub szkodliwa, zależnie od tego, czy potrafią stanąć na stanowisku ściśle kooperatystycznym – interesów mas spożywców.

W każdym razie liczyć się trzeba z tym, że rozpocznie się nowy okres rozwoju ekonomicznego, który spotęguje niewątpliwie doniosłość ruchu spółdzielczego

Przewidzieć nietrudno, że na chwilę przygłuszona przez hasła jedności narodowej, walka klas wybuchnie z niebywałą siłą – walka przede wszystkim o to, która klasa społeczna poniesie ciężary wojenne. Niewątpliwie, że klasy posiadające skłonne będą zepchnąć te miliardowe ciężary na barki klas pracujących w postaci podatków konsumpcyjnych [11].

Drożyzna i faktyczna szczupłość środków spożywczych zarówno jak tkanin, ustąpi nie od razu, a nieunikniony kryzys bezrobocia oraz bolesny proces przystosowywania się do zmienionych warunków ekonomicznych, pogorszy jeszcze bardziej położenie klasy pracującej.

W tych krytycznych chwilach nie wolno będzie żadnej myślącej jednostce lekceważyć środka, jaki mamy w rozporządzeniu dla obrony przed obniżeniem stopy życia materialnego i kulturalnego. Zresztą wejdzie w grę czynnik nowy, nieobliczalnej doniosłości – uświadomienie mas ludowych, w stopniu dotychczas nieznanym. Wstanie potęga dusz ludzkich! Nie na darmo przejdzie lekcja poglądowa, jaką dała nam historia z brutalną dobitnością, pokazując, do czego prowadzi zasada współzawodnictwa możnych, a bierności mas. Klasa pracująca zrozumie wreszcie, że chcąc wybawić świat z jego obecnego upadku, nie może dopuścić, by znaczna część dochodu społecznego, która przechodzi przez jej ręce, szła jak dotychczas to w znacznej mierze miało miejsce, na wzmacnianie ustroju kapitalistycznego, ale służyć musi drogą organizacji spółdzielczych, w ścisłym porozumieniu z innymi formami ruchu robotniczego, dla wielkiego dzieła przebudowy społecznej.

Z większą więc niż kiedykolwiek otuchą spoglądamy w przyszłość. Krwawe doświadczenie czasów wojennych wzmocniło i pogłębiło w nas wiarę w potęgę i błogosławieństwo naszej idei. Idea kooperatystyczna spełni swą misję dziejową i poprowadzi Ludzkość ku wyższym formom życia zbiorowego, kiedy rozum, a nie siła oręża rozstrzygać będzie nieporozumienia, kiedy zbliżymy się ku ideałowi: „maksimum wolności przy maksimum sprawiedliwości”.

Maria Orsetti

Lublin, wrzesień 1916 – luty 1917

____________________

Przypisy:

1. „Odrodzenie” 1913 nr 18, str. 281.

2. Przykład istnienia tego lęku wśród kooperatystów o byt swej instytucji, a przy tym podziwu godny dowód przywiązania dał zespół pracowników brukselskiej „Maison du Peuple”, którzy z wybuchem wojny, mimo postępującej drożyzny, dobrowolnie i jednogłośnie zażądali dla ulżenia kooperatywie zredukowania swych płac o 10-50%. Na szczęście pesymizm ten nie został usprawiedliwiony – rozwój stowarzyszenia mimo wojny okazał się tak pomyślny, że wkrótce miara ta nie tylko okazała się zbyteczna, ale pracownicy otrzymali za ten czas odszkodowanie.

3. Odczucie tej konieczności jest tak silne, że jakeśmy widzieli w artykule „Z ruchu kooperatystów zagranicą”, nie czekając pokojowych czasów, kooperatyści tu i ówdzie przystępują do rozszerzania swego wpływu na nowe dziedziny życia ekonomicznego. Tak Anglia, Szwajcaria, a nawet Finlandia atakują kwestię rolną.

4. „Międzynarodowy Biuletyn Kooperatystyczny” nr 4 – 1916, str. 93.

5. „Kampf” nr 5-6 1916, str. 215.

6. Porównaj ciekawy artykuł W. Duwella „Kriegswirtschart” – „Neue Zeit” nr 25 – 1916.

7. Cytowane przez K. Marchioniniego w artykule „Oeffentliche Bewirtsschaftung”, „Die Neue Ziet” nr 15 – 1917, str. 346.

8. Stosunki, jakie panowały w Królestwie, charakteryzuje następujące ogłoszenie, które spotkaliśmy w pismach lubelskich: „Panie (i panowie), którzy posiadają stosunki w wyższych sferach i chcą mieć dobrze płatne poboczne zajęcie, jedynie przez polecanie i wprowadzanie w najbardziej dyskretny sposób, poszukiwane przez kupca, który w najbliższych dniach przyjedzie do Lublina. Reflektanci muszą znać także język niemiecki. Pisemne zlecenia prosi się o skierowanie pod adresem itd.”.

9. Niestety nie daje się to powiedzieć o Królestwie. Organizacje spółdzielcze były przez władze lokalne i okupacyjne mniej lub więcej [CENZURA]

Charakterystycznym objawem tego jest fakt, że do Wydziału Aprowizacyjnego przy Generalnym Gubernatorstwie Lubelskim, najwyższego organu w sprawach aprowizacyjnych okupacji austriackiej, nie został powołany przedstawiciel tak ważnej w sprawach aprowizacji instytucji, jaką jest Związek Stowarzyszeń Spożywczych, natomiast weszli przedstawiciele wielkiej własności – ludzie w sprawach aprowizacji niefachowi i których interesy klasowe znajdują się w sprzeczności z interesem spożywców.

10. „Neue Zeit” loc. cit.

11. Przedsmak tego mamy już w Królestwie w opodatkowaniu – wbrew elementarnym, ogólnie uznanym, zasadom teorii finansów – przedmiotów pierwszej potrzeby: sól, nafta, cukier, zarówno jak w wysokich opłatach rogatkowych od artykułów wwożonych do miast.

 

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Ku przyszłości: rocznik spółdzielczy 1914/16”, red. dr Maria Orsetti, Lubelskie Stowarzyszenie Spożywców, Lublin 1917. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski.

Artykuł przedrukowujemy dzięki uprzejmości naszych przyjaciół z portalu Lewicowo.pl.